KRÓLOWA CIENI, CZYLI DRUŻYNA GWIAZD - RECENZJA #83


Tytuł oryginalny: Queen Of Shadows
Autor: Sarah J. Maas
Cykl: Szklany tron #4
Data premiery: 2 czerwca 2016
Wydawnictwo: Uroboros
Liczba stron: 841

PIERWSZE ZDANIE:



OPINIA:
Nie chcąc nikomu przez przypadek zdradzić fabuły poprzednich części, tym razem pominę opis, jako że Królowa Cieni jest już czwartym tomem serii, więc nietrudno byłoby niepostrzeżenie wyjawić jakiś znaczący fakt. Dla mnie nigdy opisy kolejnych książek cyklu nie miały większego sensu, mam nadzieję, że to rozumiecie.

Moje wcześniejsze doświadczenia ze Szklanym tronem były bardzo różne, jednak seria zawsze była utrzymana na co najmniej przyzwoitym poziomie. Po tym, jak pierwszą część, czyli Szklany tron dosłownie POCHŁONĘŁAM w dwa dni, Korona w mroku była dla mnie maleńkim rozczarowaniem. Dziedzictwo ognia znów natchnęło mnie nadzieją na powrót tej niesamowitej akcji z początku serii. Jak więc w tym zestawieniu wypadła Królowa Cieni?



Pierwsze słowo, które przychodzi na myśl, to zmiany, zmiany i jeszcze raz zmiany. Nigdy bym się nie spodziewała, że Celaena wyląduje w tym miejscu, w którym jest, z tymi ludźmi, którzy ją otaczają, zajmując się tym, co aktualnie zaprząta jej głowę. Nigdy nie spodziewałabym się też, że tak będzie wyglądała jej relacja z Chaolem, który przecież swego czasu był jej przyjacielem lub nawet kimś więcej. Teraz kapitan i dziewczyna byli zdolni jedynie do nieustannego plucia na siebie jadem i gotowości do skoczenia sobie do gardeł. Jak widzicie, wiele się wydarzyło odkąd Celaena trafiła na dwór władcy Adarlanu, wyciągnięta z kopalni soli w Endovier. Czy te zmiany były złe? O nie, to właśnie one sprawiły, że Królowa cieni miała swój niepowtarzalny charakter i smak.

Uwielbiam to, jak Sarah J. Maas dba o dynamikę wśród bohaterów. Tak samo jak w poprzednim tomie przedstawiła nam nowe postacie - między innymi Sorschę i Lucę – a każda skrywała w sobie wyjątkową, tajemniczą historię, tak i tutaj kolejny raz poznajemy nowych bohaterów i zaryzykuję stwierdzenie, że byli oni jeszcze lepsi niż ostatnio (czy to w ogóle możliwe?). Elide, Lysandra, Nestryn… Postaci tak wyraziste i charakterne, że ciężko wykreować je lepiej niż zrobiła to Maas. Mam nadzieję, że w nie znikną one w kolejnych tomach, a autorka uchyli nam rąbka tajemnicy i pozwoli dowiedzieć się o nich czegoś więcej.



Oczywiście oprócz nowych bohaterów mamy jeszcze nasze stare, znane już twarze – Celaena (lub raczej Aelin), Aedion, Rowan, wspomniany już Chaol… Cała czwórka wraz z Lysandrą oraz Nestryn stworzyła coś w rodzaju drużyny gwiazd – śmiertelnie niebezpiecznej, przebiegłej i zabójczej. Jestem podekscytowana na samą myśl o nich, ponieważ przypominali mi grupę superbohaterów, coś w typie Avengers w innej rzeczywistości. Razem dają potężny pokaz sprytu i talentu. Niejednokrotnie Aelin lub jej drużyna wykazuje się imponującymi  umiejętnościami taktycznymi i przebiegłością, która pozwala im przygotować skuteczną zasadzkę, ucieczkę lub atak. W wodzeniu przeciwnika za noc przoduje jednak Aelin, która dzięki pomysłowości potrafi owinąć sobie wrogów wokół palca i robić z nimi co tylko jej się żywnie podoba.

Pora odnieść się do wątku miłosnego. W recenzjach wcześniejszych tomów wspominałam, że o ile postacie Celaeny i Chaola osobno były dla mnie fantastyczne, to ta dwójka wspólnie mi do siebie nie pasowała. Coś nie zgadzało mi się zarówno w Aelin i Dorianie, jak i Aelin i Chaolu, ale w końcu nadszedł ten moment, kiedy jeden z bohaterów dopełnia ją całkowicie – dzięki ci Rowanie! W końcu jest to para, którą potrafię sobie wyobrazić – śmiercionośni, groźni i niebezpieczni Aelin i Rowan.



Jedyną sprawą, która działała mi na nerwy, było zachowanie Chaola, który nagle doznał prawdziwego szoku widząc brutalną wersję Celaeny i robił jej z tego powodu wyrzuty. No naprawdę, kapitanie! Myślałam, że zdążyłeś już zauważyć, że Aelin to nie typ dziewczyny biegającej po łące z kwiatkami i goniącej motyle… Westfal naprawdę czasem zachowywał się nieznośnie i ciężko było ignorować jego zmiany nastroju.

O ile podczas dwóch poprzednich tomów Szklanego tronu miałam problem z wciągnięciem się w książkę na początku, Królowa Cieni porwała mnie od razu. Tutaj nie było miejsca na niepotrzebne wstępy czy długo rozwijającą się akcję – nie, tym razem o nudzie nie było mowy.



Szczerz mówiąc, zabrakło mi efektu zaskoczenia na końcu książki, jaki był obecny w każdym poprzednim tomie. Mam na myśli kilka ostatnich zdań, które potrafiło momentalnie rozerwać moje serce na kawałki. Tutaj, chociaż cała powieść była absolutnie fantastyczna, brakowało mi tego ostatniego, końcowego uderzenia.

PODSUMOWANIE:
Podsumowując, Królowa Cieni to najlepszy tom Szklanego tronu od czasu pierwszej części. Zachwycili mnie tutaj nie tylko wybitni bohaterowie, tworzący zgraną, piekielnie zdolną drużynę, ale także (w końcu!) doskonale zgrany wątek miłosny oraz akcja, która ani razu się nie zatrzymała. Mimo minimalnych zgrzytów w postaci irytującego zachowania Chaola praz braku zaskoczenia w końcówce powieści, jest to książka, którą pokochałam z całego serca.





Za możliwość lektury gorąco dziękuję wydawnictwu Uroboros :)

Share:

0 komentarze