NIC DO STRACENIA. POCZĄTEK, CZYLI 3 RAZY NIE, DZIĘKUJEMY - RECENZJA #67

Tytuł: Nic do stracenia. Początek Tytuł oryginalny: Nothing Left to Lose Seria: Guarded Hearths #1 Autor: Kirsty Moseley Data ...



Tytuł: Nic do stracenia. Początek
Tytuł oryginalny: Nothing Left to Lose
Seria: Guarded Hearths #1
Autor: Kirsty Moseley
Data premiery: 12 kwietnia 2017
Wydawnictwo: Harper Collins
Liczba stron: 463

PIERWSZE ZDANIE:


OPIS:
Anna Spencer spędza swoje szesnaste urodziny ze swoim chłopakiem w klubie. Wieczór, który miał być najlepszym w jej życiu, zmienia się w koszmar za sprawą spotkanego przypadkiem Cartera Thomasa. Ten jeden wieczór zmieni kolejne kilka lat życia Anny. Carter zostaje skazany na karę więzienia, a wpływowy ojciec dziewczyny robi wszystko, aby zapewnić córce bezpieczeństwo.

Zatrudnia agenta Ashtona Taylora, który ma za zadanie zająć się ochroną Anny. Ma on przez pewien czas udawać jej chłopaka, aby nie wzbudzać podejrzeń. Ashton stara się pomóc Annie pokonać dręczące ją wspomnienia, a po pewnym czasie jego obecność zaczyna sprawiać dziewczynie radość. Udawanie zakochanych wkrótce przestaje być grą.

Wkrótce ma się odbyć rozprawa apelacyjna, a Carter może wyjść na wolność. Bezpieczeństwo Anny niedługo może znów zostać zagrożone.



OPINIA:
Aby jak najlepiej móc przedstawić Wam moje odczucia, powiem, że banalne historie miłosne nigdy mnie nie ruszały. Wszystkie powieści tego typu były dla mnie jak niezwykle nudna armia klonów - wszystkie takie same, niczym się od siebie nieróżniące. Od czasu do czasu zdarzał się wyjątek wyłamujący się ze schematu, jak choćby Hopeless Colleen Hoover lub seria After Anny Todd, które trafiały do mojego serca, ale generalnie zawsze stroniłam od romansów gatunku New Adult. Niestety, Nic do stracenia w bardzo dosadny sposób przypomniało mi, dlaczego ich unikałam.

Myślę, że moglibyście wykreować sobie pierwszy ogólny zarys tej książki, gdybym zdradziła Wam, ile czasu minęło od pierwszego spotkania głównych bohaterów do ich pierwszego pocałunku, a ile do momentu, w którym trafili do łóżka. Nie chcę oczywiście spojlerować, ale uwierzcie, że był to okres krótszy niż... na przykład czas trwania tegorocznych Warszawskich Targów Książki. W dodatku już pierwszego dnia znajomości możemy zobaczyć naszych głównych bohaterów w sytuacji zbliżenia, oczywiście bez żadnego konkretnego sprzeciwu z żadnej ze stron. W tym momencie nie wiedziałam, czy śmiać się, czy płakać, bo proporcja czasu znajomości Ashtona i Anny do intensywności rozwoju ich związku była po prostu... absurdalna.



Nie wiem, czy tylko ja dostaję szału na widok takiej głupoty? Jest to zaledwie szczyt góry idiotyzmu tej powieści. Nasz agent Ashton Taylor najwyraźniej nie wie, co należy do jego obowiązków, a co nie, i od samego początku nieustannie biega za Anną jak mały piesek za swoją ulubioną właścicielką. Zapewne gdyby mógł, nie pozwalałby nikomu oddychać w jej obecności, bojąc się, że dotrze do niej podmuch cieplejszego powietrza. Anna stała się jego oczkiem w głowie zanim pierwszy raz ją spotkał - już wtedy chciał "zapewniać ją, że wszystko będzie dobrze i wywoływać uśmiech na jej twarzy". Zdaje się, że chłopak obrał sobie na cel zostanie superbohaterem i próbował poskładać do kupy życie Anny, bawiąc się w psychologa, mentora i przyjaciela jednocześnie. Nie potrafię powiedzieć, jak bardzo denerwują mnie postacie takich męskich bohaterów, którzy sądzą, że samą swoją obecnością są zdolni zmienić świat. Oczywiście, gdyby ktokolwiek jeszcze się nie domyślił, Ashton jest też niewiarygodnie przystojny! Co to by było, gdyby bohaterowie tej książki nie byli chodzącymi ideałami!

Przechodząc do postaci Anny, wkraczamy na jeszcze wyższy poziom absurdu (przed przeczytaniem tej książki nie sądziłam, że jest to możliwe). Miałam tutaj wrażenie, że autorka chciała na siłę wykreować mroczną postać ze straszną przeszłością, postać, której będziemy współczuć i jej żałować. Jeszcze zanim sama Anna pojawia się w powieści, dowiadujemy się, że skutkiem pamiętnego tragicznego wieczora jej szesnastych urodzin było to, że stała się wredną jędzą, odpychającą wszystkich dookoła. Kiedy jednak Anna zjawia się w akcji książki, wcale nie zachowuje się tak, jak się o niej mówi - wręcz przeciwnie: chichocze bez przerwy jak głupiutka dziewczynka, a ludzi nie traktuje bynajmniej wrogo. Najbardziej frustrujące było dla mnie to, jak w trakcie powieści kilkukrotnie inni bohaterowie znów opisywali Annę, jako podłą dziewczynę bez serca, a ja zadawałam im wciąż pytanie: ,,Gdzie wy to widzicie?". Okropnie irytowało mnie to tworzenie z Anny kogoś głębokiego, kiedy sama w rzeczywistości była bardzo płytka.



Kolejną sprawą, która doprowadzała mnie do szału, było to, jak Ashton i Anna zwracali się bezpośrednio do siebie. Otóż w pewnym momencie książki zaczęłam liczyć, ile razy dziewczyna użyła w stosunku do Ashtona zwrotu "przystojniaku" i naliczyłam ponad 30 razy! Kto wie, czy nie używała tego słowa częściej niż jego prawdziwego imienia... Z drugiej strony Ashton nazywał ją "dziewczynką", całkiem jakby była małym dzieckiem, co wydawało mi się dziwaczne. Nie wiem, jakie słowo występuje w oryginale książki, może jest to sprawa niezbyt trafnego tłumaczenia. W każdym razie, w tej powieści jest tak wiele powtórzeń, że ciężko byłoby je zliczyć. I nawet pomijając te zwroty, których używali w stosunku do siebie bohaterowie, znalazłam pełno powtórzeń słów w każdym fragmencie tekstu.

Po przeczytaniu 50 stron myślałam, że nie dam rady. Miałam ochotę zwyczajnie odłożyć tą książkę w najdalszy kąt biblioteczki i nie musieć na nią dłużej patrzeć. Jak jednak widać, udało mi się dobrnąć do końca, ale nie było to bynajmniej spowodowane tym, że poziom lektury wzrósł, ale chyba podziałała tu tylko moja silna wola. W rzeczywistości moje czytanie wyglądało tak, że bez przerwy poirytowana wywracałam oczami i ze złością przewracałam kolejne strony. Po pewnym czasie byłam już w stanie bez problemu przewidzieć, co będzie działo się w kolejnym rozdziale - bohaterowie wstaną rano, poprawią sobie nawzajem komplementy, spędzą razem trochę czasu, po drodze zaliczając jakąś pseudo głęboką dramę, a wieczorem skończą w łóżku. Powtórzyć razy 20 i oto powstanie cała powieść. System działania umysłu Anny również był przewidywalny co najmniej tak bardzo, jak to, że jutro wstanie słońce: chcę go, nie chcę go, pragnę go,  nie, to nie ma sensu, ale nie mogę bez niego żyć... Uwierzcie, po kilkudziesięciu stronach można było mieć tego po dziurki w nosie.



Do samego końca starałam się resztkami dobrej woli mieć nadzieję na dobre zakończenie, które sprawiłoby, że ta książka nie będzie aż tak fatalna, jak jest w rzeczywistości. I fakt, zakończenie nie okazało się złe - jego po prostu nie było. Zero punktu kulminacyjnego, zero jakiegokolwiek przyspieszenia akcji - NIC. Jedynym znakiem tego, że nadszedł koniec książki było to, że tekst się skończył. Nawet obiecywana w opisie z tyłu książki obecność Cartera okazałaby się choć minimalnym zaskoczeniem, ale przez całą książkę ślady jego istnienia są wręcz żadne.

Ta książka przedstawia tak niewiarygodnie niski poziom, że chyba ciężko byłoby powtórzyć tak przewidywalną, tak płytką i tak nic nieznaczącą powieść. W zasadzie można powiedzieć, że była ona o niczym, bo przez 90% książki w kółko powtarzają się te same zdarzenia. Po przeczytaniu ostatniego słowa mogłam w końcu odetchnąć z ulgą i obiecać sobie, że już nigdy nie sięgnę po powieść tego typu.

PODSUMOWANIE:
Tej książce mówimy zdecydowanie "nie". Nie wiem, jaka katastrofa musiałaby się zdarzyć, żebym jeszcze raz zdecydowała się przeczytać jakąkolwiek powieść Kirsty Moseley. Nie pamiętam, kiedy ostatnio czytałam coś, co irytowało mnie tak bardzo. Niestety nie mogę polecić Wam tej książki i szczerze radzę, abyście poświęcili swój czas na inne, znacznie lepsze lektury.




Za możliwość lektury mimo wszystko dziękuję wydawnictwu Harper Collins :)



PS. Dajcie znać, jak Wam się podobała ta książka, jeśli ją czytaliście. Jeśli macie za sobą inną powieść Kirsty Moseley, napiszcie mi, co o niej sądzicie. Z tego, co widzę w blogosferze, jestem jedyną osobą, która jest tak  skrajnie przeciwko tej książce, więc miło byłoby poznać Wasze zdanie :)_________________________
Zapraszam także na:


FACEBOOK: Books of Souls
INSTAGRAM: books.of.souls


You Might Also Like

10 komentarze

  1. Ja tego trochę "nie czaję" - zależnie od światopoglądu pisarza albo piętnaste, albo szesnaste urodziny są tymi wyjątkowymi :D Tak, jakby świat nie mógł się zdecydować na jedne.
    Książki nie znam, ale też pewnie byłabym na nie ;P

    OdpowiedzUsuń
  2. Zaczęłam jakiś czas temu czytać tę książkę w oryginale. Mnie najbardziej irytował fakt, że bohaterka po ogromnej tragedii raz była zrozpaczona, żeby zaraz być głupiutką nastolatką pierwszy raz komplementowaną i żeby chwilę później być seksowną kusicielką. No i bez przerwy ''nie mogę tego zrobić, zdradzam tym chłopaka'' (nieżyjącego) po czym te myśli wylatywały a sama bohaterka nie wiadomo kiedy znajdowała się pod Ashtonem. Co za gniot. Jestem osobą, która nie bierze się za nic innego, dopóki nie skończy danej książki. To okropieństwo męczyłam ze dwa tygodnie, po czym (chyba pierwszy raz) po jakiejś połowie powiedziałam sobie dość. Nie dam rady, nie chce i zwyczajnie szkoda mi czasu. Nawet nie żałowałam, że nie wiem jak się skończyła. Nie wróciłam ponownie do tej książki. Kiedy zobaczyłam, że będzie wydana pomyślałam na początku, że może faktycznie dam jej jeszcze szansę po polsku, tym bardziej że ma być drugi tom. Teraz jednak wiem, że nie zrobię sobie tego drugi raz. Chyba, że za jakiś rok czy dwa mi odbije i postanowię się nią katować.

    OdpowiedzUsuń
  3. W przeciwieństwie do Ciebie, mi książka bardzo się podobała i strasznie mnie wciągnęła. Oczywiście może tam było parę niedociągnięć ale w ogólnym wrażeniu i tak przymknęłam na to oko. Szkoda, że Ci się nie spodobała.

    OdpowiedzUsuń
  4. Tego się obawiam po przeczytaniu ksiązki. Jestem raczej osobą, którą irytują takie postacie i sytuacje. Dlatego książki np. Hoover to dla mnie szczyt głupoty, a przeczytanie Ugly Love i losing Hope było wyzwaniem.
    Czytałam "chłopak, który chciał zacząć od nowa" i wiele rzeczy bym zmieniła, ale książka, jako tako wciągnęła, dlatego dałam autorce szansę i sięgnęłam po tę książkę. Dziś zaczynam przygodę z Nic do Stracenia, ale zobaczymy jak to będzie.
    Pozdrawiam!
    polecam-goodbook.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  5. Uhuhuhu po recenzji faktycznie widać, że zdecydowanie jesteś na nie. :DD
    Jak ja nie lubię irytujących postaci. Grr ;/
    Przeczytałam jedną książkę tej autorki. Taki cukier, że innym podziękuję, ale nie powiem, bo przyjemnie spędziłam z tamtą czas. Wciąż się zastanawiam why? ;P

    Jools and her books

    OdpowiedzUsuń
  6. Hahahahhahah, tak czułam, że ta książka będzie dnem :D Czytałam "Chłopaka, który chciał zacząć od nowa" i chociaż tamta trzymała jako taki poziom (a i tak nie przeczytam kolejnej części tej, hm, serii) to raczej nie wyrobiłam sobie zbyt dobrego zdania o autorce :D
    Aż Ci współczuję, że musiałaś się tak męczyć.

    Pozdrawiam cieplutko,
    Paulina z naksiazki.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  7. Jestem przy końcówce tej książki i bardzo mi się podoba :)
    Wprawdzie jest tu kilka niedociągnięć i absurdalnych wydarzeń, ale przy tej książce miło spędzam czas i naprawdę przyjemnie mi się czyta :)

    OdpowiedzUsuń
  8. A ja się zastanawiam, co się stało z chłopakiem, z którym główna bohaterka była w związku na samym początku powieści? Bo tak nagle pojawił się jej ochroniarz i wybuch miłości (rzeczywiście bardzo szybki). Po książkę nie sięgnę, to nie mój gatunek i dzięki za ostrzeżenie :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Jeju jak ja nie lubię takich książek, gdzie bohaterowie pałają do siebie ogromną miłością trzy minuty po pierwszym spotkaniu. To jest tak bardzo naciągane i nieautentyczne, że szkoda gadać. Teraz już wiem, żeby nie zabierać się za tę książkę, bo będzie to dla mnie istna katorga...:/

    OdpowiedzUsuń