WAKACYJNY KONKURS DLA BLOGERÓW FEERII YOUNG




Zapraszam Was serdecznie do wzięcia udziału w wakacyjnym konkursie organizowanym przez Feerię Young, w którym do wygrania są bardzo cenne nagrody! Zapraszam też do przeczytania mojego opowiadania. Gratuluję tym, którzy dotrwają do końca, bo dosyć bardzo się rozpisałam. Miłej lektury! :)
__________________

Stoję przy metalowej barierce, odgradzającej pobocze od jezdni i wymachuję rękami jak szalona w kierunku mijających nas aut. W filmach łapanie podwózki zawsze wyglądało prościej: sznur aut zatrzymywał się przed długonogą blondynką jak na zawołanie, kiedy tylko stawała przy drodze, wyciągając dłoń zwiniętą w pięść z wystawionym kciukiem. Jestem wprawdzie blondynką, ale raczej krótkonogą, co zdecydowanie nie pomaga. Sto sześćdziesiąt centymetrów wzrostu nie jest zaletą nastoletniej autostopowiczki. Nie zmienia to faktu, że do rozpoczęcia XXII Fantastycznego Zlotu Cudownych Osobowości zostały zaledwie dwie godziny, a my nie zbliżyłyśmy się do Cansas ani o milimetr. W dodatku dzisiejszy ruch na autostradzie jest wyjątkowo uśpiony i w ciągu ostatnich piętnastu minut minęło nas zaledwie jedno auto.

Właśnie mam oznajmić Spingate, że rzucam to zajęcie w cholerę i że wolę zawlec tam swój tyłek na piechotę, kiedy widzę na horyzoncie czarną hondę civic. Zaczynam się drzeć jak oszalała i wykonywać wielkie okręgi ramionami, dodatkowo podskakując. Kiedy samochód się zbliża, widzę za kierownicą przysadzistego mężczyznę koło czterdziestki, któremu skwar panujący na zewnątrz widocznie nie służy, bo cała jego twarz jest czerwona i pokryta kropelkami potu. Facet patrząc mi prosto w oczy uśmiecha się złośliwie i naciska pedał gazu.
- Nie tylko wyglądasz jak burak, ale także nim jesteś, głąbie! – krzyczę z nadzieją, że mnie usłyszał. Idę w kierunku Spingate stawiając wściekłe kroki. Dziewczyna siedzi w odległości 10 metrów od autostrady i obserwuje moje zmagania z kąśliwym uśmieszkiem.
- Rzucam tę robotę – oznajmiam, kładąc się wymownie na trawie i wyciągając nogi przed siebie. – Jeśli chcesz, abyśmy dotarły na Fantastyczny Zlot Cudownych Osobowości na czas, musisz przekonać tych tępych kierowców, żeby zabrali nas do Cansas. Mam dosyć odstawiania dzikich tańców na poboczu. – Wyciągam palec w jej stronę. – Teraz twoja kolej!
- Spokojnie, siostro – mówi, zbierając swoje długie rude włosy w koński ogon. – Załatwię to.

Z zaciekawieniem patrzę jak Spingate wyciąga ze swojej torby coś, co przypomina pomięty zwój żółtego materiału, i zaczyna się rozbierać.
- Co ty robisz? – rzucam zaskoczona.
- Ten kostium to jedyna zaleta spędzenia całego lata na sprzedawaniu koktajli na ulicy. Dzisiaj uratuje nasze urocze tyłeczki, Di.
Nie mam pojęcia, o czym mówi, dopóki nie staje przede mną w ogromnym kostiumie banana.
- To w tym zamierzasz się pokazać dzisiejszego wieczora?
- Oczywiście – oznajmia z pełną powagą. – Wystarczyło tylko wyprać go kilka razy i odkleić parę gum do żucia, przyklejonych do środka.
Wybucham śmiechem, bo Spinagte wygląda komicznie. Strój jest na nią o kilka rozmiarów za duży, przez co w otworach na kończyny widać zaledwie jej dłonie i stopy. Mam jeszcze większy ubaw, kiedy podbiega do barierki autostrady, przebierając błyskawicznie krótkimi nóżkami. Wokół twarzy zaciągnęła ściągacz, dzięki czemu na widoku pozostał tylko jej nos oraz wielkie oczy.

Wcześniej umówiłyśmy się, że do dnia imprezy nie zdradzimy sobie, w czym namierzamy się pokazać na Zlocie. Spingate przez cały lipiec paradowała po Times Square próbując nakłonić ludzi do wstąpienia do miniaturowego baru o nazwie Pan Banan. Można było tam dostać lody bananowe, sok z banana, burgery bananowe, a nawet sushi  owinięte w skórkę od banana. Istne bananowe szaleństwo. Nie wiedziałam, że moja siostra dostała ten kostium jako bonus do wypłaty. A może zwinęła go z zaplecza, żeby być gwiazdą na Fantastycznym Zlocie Osobistości, na który jeździmy razem od wielu lat.

 Patrzę jak Spingate wyciąga z plecaka ogromny karton, na którym bazgrze coś markerem, a następnie staje przy barierce i unosi tabliczkę nad głowę. Napis głosi:

NIE BĄDŹ BARANEM,
TYLKO BANANEM -
ZABIERZ NAS DO CANSAS!!!

Poniżej widnieje ogromna strzałka wskazująca głowę Spingate oraz druga, skierowana w bok, pokazująca mnie. Jak tylko zza zakrętu wyłania się biały land rover, ogromny żywy banan zaczyna szaleńczo podrygiwać i wymachiwać kartonową tabliczką.
- Uhuuuu! – wyje Spingate.
Zbieram nasze torby i staję przy niej tak, aby strzałka wskazywała moją głowę. Wystawiam kciuki jak rasowa autostopowiczka i macham nimi w kierunku jezdni. Kiedy samochód zatrzymuje się na żwirowym poboczu, ja i Spingate krzyczymy z radości i pędzimy do auta. Ładuję się na tylny fotel pasażera, a moja siostra siada z przodu obok chłopaka w przebraniu barana. Gapimy się na niego przez chwilę w osłupieniu, po czym wybuchamy głośnym śmiechem. On z kolei rechocze widząc Spingate jako wielkiego żółtego banana.

Ciemnowłosy chłopak ma na sobie kombinezon pokryty białą, skołtunioną sierścią owcy, a z jego piersi wystają cztery pluszowe nogi z kopytami, przez co wygląda komicznie z ośmioma kończynami – czterema własnymi i czterema dodatkowymi. Mam wrażenie, że chłopak sam skonstruował to ,,cudo”. Ukradkiem przypatruję się mu bliżej. Jest szczupły i wysoki, ale na jego gładkiej opalonej skórze odznaczają się mięśnie. Ma krótko obcięte czarne włosy i wielkie niebieskie oczy, ukryte za szkłami okularów w ciemnej oprawce. Wyrazistą linię szczęki pokrywa lekki zarost, a na zębach widnieje aparat. Nieznajomy wygląda jak typowy uczestnik szkolnego koła matematycznego po kilku dłuższych wizytach na siłowni.
- Widzę, że bardzo dosłownie odebrałeś przesłanie naszej tabliczki – śmieje się Spingate, postukując w karton we własnych rękach.
Chłopak wzrusza ramionami.
- Nawet bycie baranem nie przeszkodzi mi w zabraniu na Fantastyczny Zlot Cudownych Osobowości dwójki nielicznych dziewczyn, które odważyły się wziąć w nim udział. Niełatwo trafić na kogoś, kto zmierza w tamtym kierunku.
- A więc dobrze trafiłeś – dziewczyna posyła mu swój najlepszy czarujący uśmiech. – Jestem Spingate, a to moja siostra Di. – Kiwa głową w moim kierunku, a chłopak odwraca się na swoim siedzeniu i rzuca mi przyjazne spojrzenie.
- Di? To imię? – pyta.
- Nazywam się Dominika, ale wszyscy mówią mi Di – wyjaśniam.
-Ja nazywam się Finn, ale wszyscy mówią mi… - urywa. – Właściwie wszyscy mówią mi Finn. – Znów wzrusza ramionami.
- Zabierzesz nas na najbardziej czadowy i nieziemski Zlot ludzi w przebraniach, jaki kiedykolwiek istniał? – mówi podekscytowana Spingate.
- Ma się rozumieć, bananie – odpowiada Finn, szczerząc się.
- Doskonale, baranie – śmieje się moja siostra, a Pan Baran spuszcza sprzęgło i rusza z miejsca.

Już po pięciu minutach jazdy zaczynam wątpić, czy Finnley faktycznie zdał egzamin na prawo jazdy, czy też zdobył je dzięki łapówce wręczonej egzaminatorowi, bo mam wrażenie, że cała zawartość mojego żołądka wyląduje zaraz na przedniej szybie. Samochód podskakuje przy każdej zmianie biegów, a Finn jedzie z prędkością znacznie przekraczającą dozwoloną, dodatkowo za każdym razem dziko wchodząc w zakręt. Moja dawno niewidziana choroba lokomocyjna nagle daje o sobie znać. Jakby tego było mało, z głośników ryczy na mnie Dave Mustaine przy hałaśliwym akompaniamencie gitary elektrycznej, co nie pozwala mi się skupić na równym oddychaniu i uspokojeniu żołądka.

Ogłuszający hałas i szaleńcza jazda nie przeszkadzają Spingate i Finnowi którzy prowadzą zajmującą konwersację, nie zwracając na mnie najmniejszej uwagi. Moja siostra co chwila chichocze, rzucając chłopakowi zalotne spojrzenia. Nowo poznany chłopak w przebraniu barana widocznie wpadł jej w oko, co nie jest dla mnie żadną nowością. W tym roku Spingate przyprowadziła już do domu dwudziestu trzech facetów, przedstawiając ich jako swoich nowych chłopaków.  Za każdym razem kończyło się na złamanym sercu, paczce chusteczek XXL i wspólnym wieczorze przy sezonie Przyjaciół, podczas którego nieustannie zapewniałam ją, że jeszcze znajdzie ,,tego jedynego”. Na szczęście, Spingate zawsze wyjątkowo szybko potrafiła posklejać swoje serce do kupy.

 Przez ostatnie pół godziny drogi modlę się o to, abym dotarła na miejsce w jednym kawałku, a kiedy w końcu stajemy na zaludnionym parkingu, jestem ledwo żywa i mam wrażenie, że zwymiotuję na pierwszą lepszą mijaną osobę.
- Matko, Di! Wszystko w porządku? Okropnie pobladłaś. – Autentycznie zmartwiona Spingate chwyta mnie za ramiona, przyglądając się mojej twarzy.
Rzucam jej spojrzenie spode łba, próbuję unormować oddech i zatrzymać zawartość żołądka tam, gdzie jest.
- Spotkamy się na miejscu? – rzuca Finn, zakładając na głowę owłosiony kaptur z zakręconymi rogami, który dopełnia jego przebranie.
- Jasne – odpowiada Spingate. – Za 15 minut przy pomniku Najwyższego Loda.
Ciągnie mnie w kierunku toalet i kiedy jesteśmy na miejscu, czuję się nieco lepiej.
- Dobra – mówię. – Pora ich wszystkich zwalić z nóg – mówię Spingate, puszczając do niej oko, i wchodzę do przebieralni.

Wyciągam z plecaka wszystko, co mi potrzebne do stworzenia idealnego przebrania – wodoodporna kredka do oczu, peruka, grzebień do tapirowania włosów, duża ilość białego pudru, czarna szata. Szybko zakładam przebranie, obrysowuję oczy grubą, czarną kreską, chowam włosy pod peruką i tworzę z niej największą skołtunioną szopę, jaką się da. Posypuję twarz pudrem, na koniec  wkładam buty na niskim obcasie i wyciągam z plecaka kilka rekwizytów. Patrzę na siebie w lustrze i przywołuję złośliwy uśmieszek, który dopełnia całości. Kiedy otwieram drzwi przebieralni, Spingate wydaje z siebie zaskoczony pisk aprobaty i podchodzi, aby przyjrzeć mi się bliżej.
- Jesteś Bellatrix Lestrange! – woła z uśmiechem, poprawiając moją fryzurę. – Żaden Mugol w promieniu kilometra nie ma z tobą szans!
- Milcz, brudna szlamo! – syczę i podtykam jej moją różdżkę pod nos. Na koniec posyłam jej słodki uśmiech, który odwzajemnia i ruszamy w kierunku centralnego placu.

Po drodze widzimy mnóstwo genialnych przebrań. Co roku czekam na ten właśnie moment, kiedy każdy na chwilę staje się kimś innym. Serce przyspiesza mi z zachwytu na widok dziewczyny w autentycznej sukience i peruce Marilyn Monroe, śmiejemy się na widok chłopaka wyglądającego jak gigantyczny palec, a pulchny mężczyzna przebrany za fontannę czekolady sprawia, że mam ochotę podbiec i sprawdzić, czy jego strój jest prawdziwy. Czuję się jak dziecko w Disneylandzie, mam ochotę wszystkiego spróbować, wszystko zobaczyć. Przez chwilę przed oczami miga mi chłopak ucharakteryzowany na Alexa Turnera, a za nim dziewczyna łudząco podobna do Roszpunki.

Docieramy na plac, gdzie mieści się złoty pomnik, przedstawiający trzy gałki lodów w rożku, który potocznie nazywamy pomnikiem Najwyższego Loda. Z daleka widzę okrągłe rogi Finna, ale widok osoby stojącej przy nim sprawia, że staję jak zamurowana.
- Co jest? – woła Spingate, która wraca do mnie biegiem po tym, jak zauważyła, że mnie przy niej nie ma.
- Widzisz go? – wskazuję podbródkiem na dwóch facetów, stojących przy złotym lodzie.
Spingate szuka ich wzrokiem i po chwili ciszy wybucha śmiechem, ciągnąc mnie za ramię w ich kierunku.
- Oh, Di – wzdycha – w tym roku nie tylko twoje przebranie zasługuje na pierwszą nagrodę.

Zbliżamy się do Człowieka Barana oraz jego towarzysza. Patrzę w górę na jego długą, czarną szatę, łudząco przypominającą moją własną. W rękach o długich paznokciach trzyma drewnianą różdżkę, która jest w stu procentach autentyczna. Ma podłużną, niezdrowo bladą twarz i całkiem łysą głowę, a jego nos jest dziwacznie spłaszczony. Zdradzają go tylko oczy – czarne i głębokie – bo poza tym, stoję twarzą w twarz z… Tym, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać.
- Wow, Di – Finn patrzy na mnie z uznaniem. – Myślałem, że nic nie przebije mojego kostiumu barana, ale chyba muszę się jeszcze wiele nauczyć. Ty i Adam w tym roku wymiatacie.
- A Adam to… - zaczynam.
- Jestem jego bratem – odpowiada Lord Voldemort, posyłając mi zniewalający uśmiech, który nijak pasuje do jego charakteryzacji. Muszę przyznać, że pomimo całej upiornej postaci i łysej głowy, Adam robi na mnie wielkie wrażenie. Jego oczy sprawiają, że nie wiem, co odpowiedzieć i tylko otwieram i zamykam usta, jakbym była jakąś cholerną rybą.
Spingate szczerzy się i patrzy raz na mnie, raz na Adama.
- Ale się dobraliście! – woła.
Posyłam jej piorunujące spojrzenie, które bynajmniej nie działa, bo dziewczyna ciągnie:
- Di jest największym fanatykiem Harry’ego Pottera, jakiego znam! Kiedyś, jak obie miałyśmy po dziesięć lat, ucięła mi kosmyk włosów, bo chciała sporządzić eliksir wielosokowy. Skończyło się na tym, że wypił go nasz kot, Puchatek, który prawie się udusił przez moje włosy! Ledwie udało nam się zawieźć go do weterynarza na czas, co nie, Di?

W tym momencie mam ochotę jednocześnie zabić moją siostrę, zedrzeć Finnowi z twarzy ten zadowolony uśmieszek i wyjechać na Antarktydę, gdzie mogłabym zagrzebać się pod jakimś kawałkiem skały i ukryć się przed spojrzeniem Adama. Wiem, że prawdopodobnie bardzo przypominam teraz dorodnego buraka, co raczej nie poprawia mojej sytuacji.

Na moje szczęście odzywa się tubalny głos przemawiający do wszystkich zebranych przez głośniki, co odciąga nieco uwagę od mojej osoby.
- WSZYSTKIE CUDOWNE OSOBOWOŚCI ZAPRASZAMY NA PLAC GŁÓWNY, GDZIE ODBĘDZĄ SIĘ LICZNE WYSTĘPY ARTYSTYCZNE ORAZ KONCERT, PODCZAS KTÓREGO ZOBACZYMY GWIAZDĘ WIECZORU – ZESPÓŁ ROOM 94!
Jakiś chłopak w stroju Supermana wydaje z siebie radosny okrzyk i pędzi w stronę sceny w pozycji rasowego superbohatera, wyciągając przed siebie rękę z zaciśniętą pięścią. Tłum rozstępuje się przed nim, a czerwona peleryna powiewa dziko.
Spingate zaczyna piszczeć z podekscytowania, więc całą czwórką kierujemy się w stronę placu głównego. Puszczam przodem siostrę z Finnem, żeby zostać sam na sam z moim zażenowaniem, ale po chwili Adam dołącza do mnie. Jest tak wysoki, że kiedy na niego patrzę, razi mnie słońce, co jest mi w zasadzie na rękę. Wbijam więc wzrok w barani ogon Finnleya, kroczącego przede mną.
- Kiedy miałem sześć lat, złamałem nogę skacząc z balkonu na miotle – mówi Adam.
Wbijam rozbawione spojrzenie w jego brodę, która akurat znajduje się na linii mojego wzroku.
- Czarny Pan marzył o grze w Quidditcha? – pytam kpiąco.
Adam śmieje się i sięga gdzieś do tyłu swojej głowy. Patrzę w osłupieniu jak ściąga z niej coś w rodzaju łysego czepka, spod którego wyłaniają się gęste ciemne loki. Chłopak przeczesuje je wolną ręką, przez co wyglądają na jeszcze bardziej szalone, co bynajmniej nie odejmuje mu uroku.
- Ten nos to też przykrywka. – Stuka w sztuczną atrapę na swojej twarzy. – Nigdy nie straciłem nadziei na otrzymanie listu z Hogwartu. Jestem czarodziejem czystej krwi, całkowicie po stronie dobra. Po prostu wydawało mi się, że Voldemort zrobi najlepsze wrażenie.
- I chyba miałeś rację.
Postanawiam także zdjąć swoją perukę. Podczas gdy Adam wygląda jak cholerny perfekcyjny książę, moje włosy odstają każdy w inną stronę, ale nie patrzę na to. Bellatrix i tak miała większą szopę niż ja w tym momencie.

Przez cały wieczór stoimy w tłumie dziwnie ubranych ludzi, a Spingate zasłania cały widok czubkiem swojego banana, przez co zirytowani faceci z tyłu posyłają jej pełne skargi okrzyki. Ona wcale ich nie słucha, tylko zaczyna skakać w rytm muzyki, ciągnąc mnie ze sobą. Kilkakrotnie popycha mnie, przez co wpadam na Adama, ale on nie wydaje się zły. Pyta mnie tylko z rozbawieniem, czy chcę, aby ją spetryfikował, na co ja kręcę głową i się śmieję. Szalony mężczyzna w kostiumie Supermana wbiega na scenę, po czym rzuca się w tłum ludzi. Nikt jednak go nie łapie, przez co ląduje z plaskiem na ziemi. W tłumie słychać współczujące ,,Uu”, kiedy ochrona zdrapuje biedaka z gruntu.

 Kiedy gwiazda wieczoru kończy swój występ jest już całkowicie ciemno, a na niebie pojawiają się tysiące gwiazd. Do północy, kiedy ma odbyć się pokaz sztucznych ogni, zostało jeszcze trochę czasu, więc odchodzimy od sceny, żeby lepiej się słyszeć w tym ogłuszającym hałasie. Podchodzimy do betonowego muru, za którym rozciąga się widok na miasto. Finn goni Spingate udając, że chce ją nabić na swoje rogi, a ona ucieka, piszcząc. Śmiejemy się z nich z Adamem i stajemy przy murze.
Nie wiem, co mam powiedzieć i nerwowo poszukuję w swojej głowie jakiegoś błyskotliwego tematu. Adam patrzy na światła miasta pod nami.
- Lubisz… banany? –  rzucam i mam ochotę uderzyć się w twarz. Oblewam się głębokim rumieńcem. Banany? Boże, dziewczyno, lepiej już zamilknij.
Adam patrzy na mnie rozbawiony i rzuca okiem na Spingate. Kręci głową.
- Wolę urocze rozkudłane sobowtóry Bellatrix Lestrenge. – Mruga do mnie.

Moje serce na chwile staje w miejscu. Patrzę na jego łagodny uśmiech i ciepłe oczy, w których połyskują rozbawione ogniki. Mam wrażenie, że to szaleństwo. Znamy się ledwie od kilku godzin i prawdopodobnie nie spotkamy się już nigdy więcej, ale czuję między nami czystą nić porozumienia. To dla mnie zdecydowanie za szybko, ale Adam nie wykonuje żadnych pochopnych ruchów. Sięga tylko po moją dłoń, spoglądając na mnie pytająco.

Myślę o tym, co różni Spingate i mnie, o tym, dlaczego ona właśnie pozwala objąć się prawie nieznajomemu chłopakowi w przebraniu barana, który w końcu ją złapał, a teraz śmieje się szczęśliwa. O tym, jak wiele razy doświadczała zranienia i jak bardzo nie chciałabym się czuć tak jak ona w momentach rozsypki. Ale może któraś z tych prób w końcu wypali i Spingate naprawdę odnajdzie miłość, której wciąż szuka. Może ja też muszę dać szczęściu zadziałać. Może czas raz w życiu zrobić coś nierozsądnego i nie myśleć o konsekwencjach.

Adam patrzy na mnie wyczekująco, a ja pozwalam mu wziąć się za rękę i ściskam lekko jego dłoń. Chłopak uśmiecha się, a ja czuję jakieś nieznajome trzepotanie w żołądku. Odwzajemniam jego uśmiech i spoglądam na gwieździste niebo, a kiedy ciszę wokół nas wypełnia hałas wybuchających fajerwerków, postanawiam dać swojemu szczęściu robić co trzeba. W końcu od tego jest lato. Aby raz w życiu zrobić coś szalonego.

___________
FANPAGE FEERIA YOUNG: LINK
WAKACJE Z FEERIĄ YOUNG: LINK
#wakacjezfeeriayoung

Share:

6 komentarze

  1. Fajny konkurs, ale już się chyba skończył...
    Co do opowiadania, to mogę spytać jaka to tematyka...bo nie wiem czy zacząć czytać.
    Wiem jak to głupio brzmi... :D
    http://recenzumkomiksiarza.blogspot.com/2016/08/basnie-kroniki-miosne.html

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Konkurs trwa do 21 sierpnia ;) A co do opowiadania... Dzisiaj rano, kiedy siadałam do pisania nie wiedziałam, co z tego wyjdzie i kompletnie nie miałam pomysłu na fabułę, więc w końcu wyszło z tego trochę młodzieżowe opowiadanie, nieco komiczne, z elementem miłosnym. Sama nie czytam takich opowieści, ale jak mówię - wyszło spontanicznie :)

      Usuń
  2. Wyszło spontanicznie, a jednak bardzo fajnie. Nawet nie wiedziałam o takim konkursie.
    Trzymam za ciebie kciuki!
    Pozdrawiam serdecznie
    http://bookparadisebynatalia.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  3. Sama chciałam wziąć udział w tym konkursie, ale tak jak w twoim przypadku sama nie wiedziałam, co mogłabym napisać, aż w końcu z niego zrezygnowałam.

    A przy okazji zapraszam Cię do mnie na bloga, gdzie organizuję pierwszy Book Tour dla blogerów :) http://ksiazki-recenzje-czytelnicy.blogspot.com/2016/08/pierwszy-book-tour.html

    OdpowiedzUsuń
  4. Świetny pomysł, naprawdę miło się czytało! Opowiadanie na wakacje, śmieszne, przyjemne, postacie bardzo sympatyczne. Aż sama wybrałabym się na taki zlot. :) No i szczęśliwe zakończenie, zasłużone miejsce na podium w konkursie :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Bardzo się cieszę, że wzięłaś udział w tym konkursie! Opowiadanie jest świetne ! I mam nadzieję, że napiszesz dalszy ciąg;). PS gratuluję zajęcia drugiego miejsca :)

    OdpowiedzUsuń